Читать книгу Lecz imieniem Twoim… (Александр Валерьевич Усовский) онлайн бесплатно на Bookz (4-ая страница книги)
bannerbanner
Lecz imieniem Twoim…
Lecz imieniem Twoim…
Оценить:
Lecz imieniem Twoim…

5

Полная версия:

Lecz imieniem Twoim…

Pan Stanisław ocenił coś w myślach i po cichu policzył, poruszając wargami – i potrząsając głową zauważył:

– Źle jechali. Ledwo trzydzieści wiorst dziennie. Na drodze skutej zimą to całkiem mało…

Wierenicz kiwnął głową.

– Za mało. I nie chodzi nawet o to, że woz młodej księżnej i pani Janiny utrudniał szybką jazdę – kłopot polegał na tym, że Pani Elżbieta w tym wowie strasznie cierpiała na chorobę ruchu, a co godzinę wymiotowała wszystko, co podawali jej w karczmach. Do tego dochodził stały ból głowy, na który skarżyła się zarówno Pani Janinie, jak i Panu Dymitrowi, i ciągłe zmiany nastroju. Elżbieta mogła się roześmiać, gdy zobaczyła zająca, biegnącego przez pole i nagle się popłakać, zapewniając Janinę, że zajączkowi jest zimno i nieprzytulnie w grudniowym stepie…

W pokoju zapadła cisza. Następnie Pan Stanisław ostrożnie zapytał:

– Czy Pan ma na myśli to samo, co ja myślę?

– Dokładnie, Panie Stanisławie. Wkrótce domyślił się o tym cały orszak.

– Ale przecież nigdzie i nikt nie mówił, że Halszka była ciężarna?

– Nikt i nigdy.

Komisarz od pomiarów ziemi z podekscytowania nawet wstał.

– Pochamuj, Panie Sławomirze, swoją historię. Chce Pan powiedzieć, że w czasie ucieczki Elżbieta Ostrogska była już w ciąży? I – przysiegam na wielką pieczęć książęcą – co najważniejsze, nie poroniła dziecka?!?! Czyli Dymitr Sanguszko miał dziedzica?

Starszy szlachcic westchnął i odpowiedział:

– Nie poroniła. Szcześliwie urodziła dziecko w Poznaniu, w domu swojej matki, tuż na świętego Mikołaja z Miry.

Pan Stanisław wyszeptał ledwo słyszalnie:

– Jak strasznie powtarzają się losy… Ojciec Elżbiety nie zdąrzył zobaczyć swojego dziecka, a ojciec jej dziecka także zmarł przed jego narodzinami… – A potem usiadł i patrząc prosto w oczy starszemu szlachcicowi, zapytał: – Kogo urodziła Halszka – syna, córkę? Jaki jest los dziecka nieszczęśliwego księcia Dymitra?

Wierenicz-Stachowski pomału rozlał do kubków resztę miodu, pociągnął pół łyka ze swojego kubka i odpowiedział:

– Syn. Syn, o którym Pan wiele słyszał w życiu. Tak jest, Panie Stanisławie.

Po krótkiej przerwie komisarz ostrożnie zapytał:

– Czy naprawdę Pan chce powiedzieć, że Pani Janina Lisowska została niańką syna Halszki, małego Seweryna, który później przyjął nazwisko Nalewajki? Przecież to jest tak, Panie Sławomirze, w końcu do tego zmierza Pan w tej historii?

Starszy szlachcic ledwo zauważalnie uśmiechnął się spod wąsów.

– Przenikliwość i szybkość myśli, Panie Stanisławie, ma Pan niesamowitą… Tak, dokładnie tak.

– Ale przedtym w Bohemii zdarzyła się straszna, okrutna i brudna historia, gdy Zborowscy pozbawili życia szlachetnego księcia Sanguszkę, bezbronnego, prawie w nocnej koszuli… Tak?

– Tak, Panie Stasiu. Znam tę historię prawie z pierwszej ręki, Pani Janina widziała to wszystko i obmywała później ciało księcia Dymitra przed pogrzebem w Jaromierzu…

– Więc to wszystko jest prawdą, o Marcinie Zborowskim?

– Absolutna prawda.

– Szczerze mówiąc, przez długi czas nie wierzyłem, że tak szanowany, mądry od lat, znany ze swoich zasług szlachcic zdecydował się na coś takiego… Powiedz mi, Panie Sławomirze, wszystko, co Pani Janina opowiadała Panu o tej tragedii w Bohemii.

– Jak sobie życzy Pan, nie jest dla mnie to ciężka sprawa, tym bardziej, że jest to dawna historia, wszyscy te osoby spokojnie przeszli na tamten świat, ale i minęło już ponad siedemdziesiąt lat… Zmarli mnie nie potępią, a dla żywych ta historia jest przykładem i nauką.

Za Pana zgodą kontynuuję opowieść o nieszczęściach wojewody Kaniowskiego i jego młodej żony – zaczynając od dnia ich ucieczki z Włodawy.

Granicę Korony orszak Sanguszki pokonał już pierwszego dnia niechcianej podróży – na szczęście od jego posiadłości do polskiej granicy było niedaleko, a mytniki na drodze lubelskiej nawet nie pomyśleli o tym, żeby zakłócić drogę tak znanemu szlachcicowi – wiadomości o tragicznej przemianie w zyciu Dymitra Sanguszki do rogatek na Wieprzu jeszcze nie dotarły. Po nocy spędzonej w Urszulinie książę drugiego dnia podróży dojechał do Lublina – tam przed nim otwarły się dwie drogi do Bohemii: jechać prosto, wzdłuż Podlasia i Wielkopolski, do Rodunice, lub zjechać w kierunku południowym – z daleka od Piotrkowa Trybunalskiego, a granicę carską przejść w Małopolsce.

Dymitr Sanguszko, mimo tego że był młody, wyróżniał się wybitnym umysłem; rozumiał, że jak udadzą się prosto na Roudnice, przez Częstochowę i dalej na Dolny Śląsk, raczej nie uda się im dotrzeć do carskich ziem. Jak będzie pogoń – a Dymitr doskonale rozumiał, że ona będzie – wtedy nie dądza rady uniknąć spotkania z nią na tej drodze. Dlatego została wybrana inna droga, do Małopolski, od której do księstw Górnego Śląska jest w zasięgu ręki. Na szczęście droga przez Sandomierz, Połaniec i dalej do Krakowa prowadziła uciekinierów do Plessy, należącej do księcia Baltazara von Promnitza, notabla Carskiego, Biskupa Wrocławskiego. Pamiętasz, Panie Stasiu, jak arystokracja Wiedeńska w tamtych latach traktowała Zygmunta Augusta i cały dwór krakowsk…

Komisarz skinął głową.

– Tak, pamiętam. Śmierć pierwszej żony Jego Mości, Wielkiego Księcia Litewskiego bardzo popsuła stosunki między Wiedniem a Krakowem…

– Dokładnie. Ponadto na dworze Habsburgów uważano, że w zatruciu Elżbiety, córki cesarza Ferdynanda, też maczała palce Bona Sforza, i jestem skłonny twierdzić, że ta opinia nie wydaje mi się kłamliwą. I choć później, po tragicznej śmierci Barbary Radziwiłłówny, Zygmunt August ożenił się z siostrą Elżbiety, Katarzyną – stosunki pomiędzy Habsburgami a Jagiellonami nie były najlepsze. Dlatego młody Sanguszko skierował swoje konie do Plessy – w przekonaniu, że władca tego zamku pod źadnym warunkiem nie odda ich polskim gońcom.

I tak się stało. Ale stan młodej księżnej zmusił orszak do zatrzymania się na cztery dni w Nepołomicach koło Krakowa – było to na Trzech Króli. Jak się później okazało, to opóźnienie stało się dla nich fatalne…

Orszak młodego Sanguszki po Plessie skręcił do Dolnego Śląska – a przez Kłodzko, Nysę, Nachód i Jaromierz dotarł do Łysej nad Łabą koło Nymburka. Do zamku Roudnicy mieli jeszcze dwa dni podróży, ale już w Bohemii, na ziemiach carskich, gdzie, jak sądzili, polska pogoń nie była już dla nich straszna.

Młodszy szlachcic przerwał opowieść Panu Sławomirowi:

– Proszę mi wybaczyć wielkodusznie, ale wiedza Pana w dziedzinie geografii Śląska, Czech i ogólnie całego tego obszaru nieco… Nieco… Wydaje się niesamowitą, Panie Sławomirze!

Starszy szlachcic uśmiechnął się.

– Nic dziwnego. Ale tutaj mam usprawiedliwienie – po wszystkich tych drogach, o których wam tutaj mówię, ja, wraz z Jego Mością pułkownikiem Nalewajką, przeszedłem trzydzieści lat temu pieszo, konno i z bronią… Ale opowiem o tym nieco później.

Tak, więc, o zbrodni Zborowskich. Tego rana książę Dymitr, który właśnie opuścił rezydencję Pana Liwy, wstał wcześniej – Pani Janina, która spała w małym pokoiku obok świetlicy Elżbiety, nawet nie słyszała, jak młody książę schodzi na dół. Obudziła się tylko z powodu strasznego hałasu w kuchni – gdzie ludzie Marcina Zborowskiego, wpadli do domu bijąc księcia Sanguszko, mimo sprzeciwu wójta Nymburka, Adama Kuchty. Wójt, nawiasem mówiąc, dwa lata później w Pradze został skazany na wieczną katorgę za tą zbrodnię, ale nie był winny śmierci księcia Dymitra. Pani Janina, kiedy mowiła o tym okropnym poranku, płakała na głos, jakby to było wczoraj…

Młodego Sanguszkę ludzie Zborowskiego zabrali do Nymburka, a potem, zapewniwszy wójta Kuchtę, że książę rzeczywiście został wyjęty spod prawa, powieźli do Polski, ale następnej nocy w Jaromierzu, zabili go – udusili księcia Dymitra w stodole za pomocą pęta, którym zwykle pętają koni na pastwisku…

Komisarz z westchnieniem skinął głową.

– Tak, okropna śmierć, co tu mówić… – A potem, po chwili, zapytał: – A Elżbieta? Mówią, że stary Zborowski zabrał ją do siebie, do Kalisza, mając nadzieję wydać ją za mąż za jednego ze swoich synów?

Starszy szlachcic pokręcił głową.

– Nie, nie zabrał. Po śmierci księcia Dymitra, przywódcy pogoni – a oprócz Zborowskiego brali w niej udział Górki, Kościeleccy i Nemcowicze, nie licząc drobnej szlachty, której było do czterdziestu szabli, – podjęli wspólną decyzję, by wysłać Halszkę i jej nianię do Poznania. Starosta Poznania, Andrzej Kościelecki, złożył przysięgę na Biblię, że dostarczy Halszkę do domu jej matki w zdrowiu i bezpieczeństwie, z całej delikatnością, bo jej stan dla wszystkich w tym dniu był oczywisty. A wszyscy ci, którzy byli na tej radzie, czyli Kościeleccy, Górkowie i Zborowscy, złożyli na słowo szlacheckie przysięgę, że nikt nigdy się nie dowie, że Halszka, w chwili śmierci jej męża, nosiła w swym łonie dziecko nieszczęśliwego księcia Dymitra. I jak widać, Panie Stasiu, notable polscy słowa dotrzymali…

Komisarz uśmiechnął się smutno.

– Ale ta przysięga nie dotyczyła Pani Janiny Lisowskiej?

– Zgadza się. W podziemiach domu Husiatyńskiego starosty ujawniła mi tę tajemnicę. Chociaż nie będę ukrywał, że wtedy wydawała mi się prawdziwą fikcją…

– Więc co stało się dalej?

– Na Gromniczną Halszka z Janiną Lisowską przybyła do Poznania, do domu swojej matki. Pani Janina powiedziała mi, że na początek Beata przywitała córkę chłodno, zwłaszcza gdy dowiedziała, że cztery miesiące małżeństwa nie były bezowocne dla Halszki… Ale potem Beata gwałtownie zamieniła swój gniew na litość – do jej domu zaczęli zjjeżdżać posłańcy z całej Polski z propozycjami o charakterze matrymonialnym odnośnie jej córki. Beata uświadomiła sobie, że posiada naprawdę bezcenny skarb – władzę nad przerażoną i uległą dziewczyną, która nie tylko wypełniała wszystkie jej rozkazy, ale także była spadkobierczynią wielkiego majątku. W tym czasie Halszka miała dwadzieścia osiem zamków i miast, ponad pięćset wsi, osad, zaścianków i gospodarstw rolnych, pięćdziesiąt tysięcy chłopów pańszczyźnianych i trzysta tysięcy kop groszy rocznego dochodu. Jedyną rzeczą, która przeszkadzała Beacie, był każdego dnia rosnący brzuch Halszki. Dziedzic jej nie był potrzebny…

– Panie Sławomirze, przeraża mnie Pan… Przecież nic złego mu się nie stało, skoro mówi Pan, że syn Halszki przeżył i stał się Sewerynem Nalewajką?

Starszy szlachcic skinął głową.

– Chwała Bogu, na Wniebowstąpienie do Poznania przyjechał Jego Mość książe Bazyli. I zasugerował Beacie, żeby po porodzie Halszki zabrać nowonarodzone dziecko do Ostrogu, dać niemowlę do dobrej rodziny i wychować pod ścisłym nadzorem, nie informując ani przybranych rodziców, ani nikogo innego o jego prawdziwym pochodzeniu.

Komisarz od pomiarów ziemi zapytał z zaskoczeniem:

– A po co to było księciu Bazylemu?

– Pani Janina przemilczała to, oczywiste, że nie miała dostepu do prywatnych rozmów Jego Mości księcia Ostrogskiego z Beatą… Ale mam wyjaśnienie tego, a jak Pan chce, mogę to wytłumaczyć.

– Proszę Pana, Panie Sławomirze, bądź Pan łaskawy. Ale w głowie mi się nie mieści to wszystko, co ujawniło się dzisiaj… Elżbieta Ostrogska miała syna!

– I bardzo przeszkadzał jej matce… Nie zapomij, Panie, że Jego Mośc książę Bazyli, domyślał się, że śmierć jego przyrodniego brata nie była skutkiem upadku w turnieju rycerskim… Jest całkiem prawdopodobne, że książę Ostrogski na pewno wiedział, że powodem tego były tajemne mikstury i eliksiry Beaty, którą opiekała umierającego męża. I dlatego Jego Mość miał poważne obawy odnośnie przyszłości jeszcze nienarodzonego syna Halszki.


– Myśli Pan, że Beata mogła…

Starszy chlachcic wzruszył ramionami.

– Wszystkiego można było się spodziewać od wychowanki dziedziczki Borgia. Beata wyróżniała się niesamowitym zaniedbaniem wobec morali i zwyczajów, które były na Wołyniu od czasów starożytnych. Uważała, że jedyną wartością są jej uciechy i przyjemności, a pieniądze były potrzebne, by je zaspokoić. Dla pieniędzy była gotowa na wszystko… Książę Bazyli przejrzał swoją szwagierkę na wskroś. Więc zaproponował jej bronić swego majątku bez mordowania. W tym przypadku wszyscy pozostawali by przy własnych interesach – Beata nadal rządziła córką, która na zawsze pozostawiła swoją przyszłość w krwawej masakrze w Łysej nad Łabą, syn Halszki zyskał życie, a Jego Mośc książę Ostrogski – żywą pamięć o swoim przyjacielu, nieuczciwie zamordowanym w Bohemii, w obliczu tego chłopca. Cóż, Halszka… Halszka nabyła prawo do nowego małżeństwa – choć, z drugiej strony, nie sądzę, żeby tego potrzebowała. Pani Janina powiedziała, że młoda księżna pozostała wierna swemu zabitemu mężowi, i do końca swoich dni wołała jego po nocach, miotając się na łóżku w niespokojnych snach…

Rozmówcy zamilkli. Następnie komisarz zapytał:

– Jak domyślam się, dziecko zostało wywiezione na Wołyń razem z panią Janiną?

Starszy chlachcic skinął głową.

– Tak, jesienią, w dzień Pokrowy. Halszka nie miała mleka, Beata wynajęła dwie mamki do karmienia, więc odseparowanie dziecka dla młodej wdowy było tragiczne, ale wciąż nie tak rozdzierające, jak to się dzieje, gdy dziecko jest zrywane z piersi matki… Pani Janina powiedziała, że dziecko, karmicielki, ją oraz trzech hajduków dla ochrony Beata osobiście wysłała w drogę aż długo przed świtem, podczas gdy Halszka spała w swoim pokoju. I to, co stało się dalej w domu Beaty – nie wie… Spotkała się z Halszką dopiero dwadzieścia lat później, w Dubnie, dokąd wdowę po księciu Sanguszce sprowadził Janusz Ostrogski. Pani Janina, płacząc, wyznała mi, że Halszka nie poznała swojej starej niańki i ogólnie była bardziej podobna do błogosławionej, odeszłej z naszego świata…

Komisarz westchnął ciężko.

– Pamiętam tą historię, Elżbietę kilkakrotnie próbowali wydać za mąż, jej matka się zaplątała w swoich intrygach matrymonialnych i skończyła swoje życie w jakimś zamku w Spiszu…

– W Kieżmarku, – podpowiedział starszy szlachcic.

– Tak, tak, w Kieżmarku, to akurat był kolejny spór o Spiszu z carskimi…

– Spór o Spiszu i nawet teraz nie jest skończony, ale śmiem twierdzić, że po nieudanej próbie arcyksięcia Maksymiliana usiąść na polskim stole carskie się zgodzili, że Spisz jest polski… Ale teraz nie o tym chodzi.

– Tak, Panie Sławomirze, wybacz mi Pan wielkodusznie, po prostu każda wzmianka o zamkach Spiszu rozdrapuje mi, jako podskarbiemu, starą ranę. Jednak trzydzieści trzy tysiące kop groszy praskich – to dziś, jak przeliczyć, jest sto tysięcy kop groszy litewskich, lub po nowemu sto dwadzieścia tysięcy złotych, jak obliczyć według stopy Batorego, za te pieniądze można było by teraz parę województw kupić…

– Zapomnij, Panie Stasiu, o tych pieniądzach, nie po to je zabrał Zugmunt Luksemburg, aby jego dziedzicy nam je zwrócili… Ciesz się, Pan, że Spisz teraz na zawsze jest polski i uspokój swoją niespokojną duszę. Ale będę kontynuował, za Pana zgodą…

– Tak, tak, Panie Sławomirze, dla Bożego miłosierdzia, kontynuuj swoją opowieść. Czy syn Elżbiety został wywieziony na Wołyń, do Husiatynia, jak mówił Pan?

– No… tak powiedziała mi Pani Janina Lisowska, a ja jestem skłonny jej wierzyć. W przeciwnym razie jest bardzo trudne do wyjaśnienia, w jaki sposób syn jakiegoś podstarosty z Husiatynia nagle został rotmistrzem chorągwi dworskiej Jego Mości księcia Bazylego pokonując wielu zasłużonych szlachciców. A jeśli dodamy do tego, że proboszczem kościołu dworskiego Ostrogskich został Damian Nalewajko, starszy brat Seweryna – to innego wytłumaczenia tego, niż ukryte spokrewnienie, nie mogę wymyślić…

– Ale dlaczego do Husiatynia? Dlaczego nie do Ostrogu?

Starszy szlachcic uśmiechnął się.

– Panie Stasiu, widzę, że Pan nie docenia Jego Mości księcia Bazylego… Przebiegłość jego rozumu była na ustach wszystkich o tej porze, ukrył syna Halszki w taki sposób, że nikt go nigdy by nie znalazł, gdyby, nie daj Boże, Beata zdecydowałaby się na coś strasznego… Poza tym, Husiatyń jest naturalną twierdzą wzglęgem nalotów tatarskich: z południa jest chroniony przez Dniestr i grzbiet Hotyński, niedostępny dla konnych; ze wschodu chronia go dopływy Dniestru, płynące z północy na południe – Matiorka, Kalus, Daniłówka, Uszyca, Ternawa oraz Smotrycz, nad którym stoi twierdza Kamienec Podolski… Do tego lasy Iwankowickie. Tatarom do Husiatynia nie było możliwości dotrzeć! Nie będę grzeszył przeciwko prawdzie, jeśli powiem, że Husiatyń jest najbardziej chronionym miejscem na całej Rusi Litewskiej.

Komisarz od pomiarów skinął głową z satysfakcją.

– Przekonał mnie Pan, Panie Sławomirze. Młody dziedzic księcia Sanguszki dorastał w ciszy i błogości, bezpieczny i obfity w jedzeniu i piciu. Ale dlaczego Jego Mość książę Ostrogski później pozwolił na to, żeby jego bratanek, Giedyminowicz po ojcu i Rurykowicz po matce, tak strasznie zginął w Warszawie? Dlaczego pozwolił mu wywołać rokosz przeciwko królowi Zygmuntowi Wazie?

Starszy chlachcic westchnął ciężko.

– Nie pozwolił. Tylko KAZAŁ Sewerynowi wywołać ten rokosz.

Komisarz zapytał ze zdumieniem jeszcze raz:

– Kazał mu?!? Książę Ostrogski oddał swoją własną krew, swego bratanka, na taką okrutną śmierć – z własnej woli? Ale po co?

– Po to, że było mu jego nie szkoda…

Jak Sławomir Wierenicz-Stachowski został zaufanym powiernikiem Jego Mości księcia Bazylego Ostrogskiego i dlaczego nie był z tego zadowolony…

W pokoju zawisła napięta cisza – taka gęsta, że słychać było, jak listopadowy deszcz monotonnie mży za oknem.

Podskarbi Mścisławski, kręcąc głową, nalał sobie i starszemu szlachcicowi miodu, przesunął kubek do rozmówcy – i spytał cichym głosem:

– Panie Sławomirze, może wyjaśni mi Pan swoje słowa? A to zacząłem już słabo rozumieć wszystkie zawiłości Pana historii.

Pan Wierenicz, kręcąc głową, podniósł kubek, zrobił łyk bursztynowego napoju, chrząknął – i odpowiedział:

– Cóż, wyjaśnię. Ale w tym celu najpierw opowiem Panu, Panie Stasiu, opowieść o rokoszu Kosińskiego, myśle, ze słyszał Pan o tej rebelii?

Komisarz skinął głową.

– Historia ta jest dawna, ale znana. Czy wojewoda Kijowski ztłumił ten rokosz, jak pamiętam?

Starszy szlachcic uśmiechał się chytrze, a w jego oczach błysnęły psotne iskierki.

– Ztłumił, jak było nie ztłumić… Ale na na początku go… rozpalił!

Pan Stanisław rozłożył ręce ze zdumienia.


– Panie Sławomirze, znów mnie Pan zadziwia! Jak to – rozpalił? Czy nie Pan Krzysztof Kosiński osobiście podburzył kozaków z województwa Kijowskiego do buntu i szturmu Białej Cerkwi? I czy to nie jego kozacy niszczyli, ruinowali, niosli głód i mór majątkom Ostrogskich?

Starszy szlachcic skinął głową.

– Tak jest, Panie Stasiu. Ale wcześniej zdarzyło się wiele rzeczy, o których Pan, jak myślę, nie wie. Na przykład, czy wie Pan, kto był piastunem na weselu Krzysztofa Kosińskiego z księżniczką Maruszą Rużyńską? – i, nie czekając na odpowiedź, dodał: – Jego Mośc książę Bazyli Ostrogski.

– I co z tego, Panie Sławomirze? Kogo to obchodzi, kto i kogo kiedyś ożenił, to jest taka sprawa…

– Zgadzam się z Panem, Panie Stasiu, ile jest przykładów w historii, gdy nie tylko bliscy znajomi – krewni gotowali sobie nawzajem krwawe łaźnie… Ale tutaj chodzi o coś innego.

– O co, Panie Sławomirze?

Starszy szlachcic przerwał rozmowę, westchnął i odpowiedział:

– Panie Stasiu… Zna się Pan na gospodarce, więc wie Pan, z czego żyje Wołyń, a także Podole, Kijowszczyzna, Bracławszczyzna oraz zadnieprowskie ukrajny. Ale i sam Pan niedawno mówił, że pszenica z Rusi Litewskiej jest prawie jedyną rzeczą, którą żywi i daje dochód Rzeczpospolitej. Przecież to jest tak?

Podskarbi Mścisławski przytaknął.

– Tak. Co prawda, na ten dochód dużo jest szabrowników, ale wciąż pszenica z województw ruskich jest złotem stepowym. Gdyby nie ona, to dawno byśmy poszli w świat z wygiągniętą ręką.

Starszy szlachcic skinął głową z zadowoleniem.

– Rozumie Pan więc, że ziemie zadnieprowskie, na których uprawia się tą pszenicę, województwa Kijowskie, Podole i Bracławszczyzna są olbrzymim majątkiem.

Komisarz w milczeniu pokiwał głową. Pan Wierenicz kontynuował:

– W tym roku książę Janusz Ostrogski, syn Jego Mości księcia Bazylego, otrzymał przywilej do własnych ziem na górnym Ingulcu i Rosi, za wyjątkiem nieużytków Rokytnego i Olszanki, razem dwieście wołok dobrych gleb i pół sta wołok traw zalewowych i pastwisk. Dobra posiadłość, ale książę Janusz miał znacznie szersze plany. Ingulec, jak wiadomo, wpada do Dniepru już w tatarskich granicach, ale z ujścia rzeki Żółtej i do połączenia jej z Saksaganią, przed pierwszymi tatarskimi rogatkami, teren wokół Ingulca, nie mniej niż tysiąc wołok najlepszych pól uprawnych i pół tysiąca pastwisk i nieużytków – były wtedy niczyje, ani Korony, ani magnatów, ani kozackie, ani tatarskie. Ale do tych ziem – półtora tysiąca wołok w środkowym Ingulcu – miał swój interes starosta Czerkaski, książę Wiśniowiecki. Kłopot polegał na tym, że Jego Mość król Zygmunt Waza w swoim przywileju nie ograniczył ziem dla księcia Janusza z południa – wierząc, jak myśle skromnym swym rozumem – że na stepach tych sam diabeł nogę złamie. Otóż, książę Janusz, oczywiście, zrozumiał, że skoro granice jego posiadłości nie zostały ostatecznie wskazane, wówczas może dowolnie traktować ten przywilej. I właśnie w tym miejscu życzenia młodszego księcia Ostrogskiego spotkały się z ambicjami księcia Wiśniowieckiego – który również uważał, że jak ziemi w środkowym Ingulcu są niczyje, to może przygarnąć ich do siebie.

– A co Kosiński do tego miał? – spojrzał z niezrozumieniem na starszego szlachcica komisarz.

– Kosiński nic do tegonie miał. Posiadał kilkanaście wołok wzdłuż Rosi, nieużytki Rokytne i Olszankę, ale nie miał ani chłopów pańzczyźnianych, którzy te ziemie by uprawiali, ani dzierżawców, którzy mogli je wynająć. Pan Krzysztof był, przepraszam Pana, żebrakiem, psem na sianie – posiadał ziemie, których nie mógł wykorzystać. Dlatego Pan Janusz uznał możliwym traktowanie królewskiego przywileju… hmm, jak to powiedzieć poprawnie… nieco poszerzone, zgodnie z jego własnym rozumieniem, włączając ziemie, uprzywilejowane dla Pana Kosińskiego, do swojej własnej posiadłości. Ale te dwa majątki były niczym w porównaniu z ziemią w środkowym Ingulcu, na które miał oko książę Wiśniowiecki. I na które Jego Mość książę Janusz patrzył z pożądaniem. I dlatego, żeby pomóc swojemu synowi, Jego Mość książę Bazyli, zazgrał figurą Kosińskiego…

– Zagrał? – w głosie komisarza było słychać zdumienie.

– Dokładnie tak, jak grę w szachy. – Po chwili starszy szlachcic kontynuował: – Kłopot w tym, że nasz król, niech Bóg błogosławi dni Jego Łaski, jest katolikiem z krwi i kości, gorliwym wyznawcą wiary i prawdziwym paladynem Świętego Przestołu; na ziemiach Korony jest to tylko jedna zaleta, ale w województwach litewskich, a zwłaszcza ruskich, stosunek do takiegoj fanatyzmu… jest co najmniej dwojaki. Panie Stasiu, błagam Pana o wybaczenie, jaką religię Pan wyznaje?

– Jestem katolikiem, Panie Sławomirze.

– A ojciec Pana, oby sto lat żył?

– Prawosławny jest. Nasza rodzina jest z Holszan, niedaleko Krewa. Mój ojciec przez całe życie był dzierżawcą majątku Podkołody w województwie Trockim, trzy razy był wybierany na podkomorzego przez sejmik powiatowy, ale trzy razy nie dostał tego stanowiska z powodu swojej religii prawosławnej. Dlatego kazał ochrzczyć mnie w wierze katolickiej, abym mógł osiągnąć więcej.

– No cóż, widać, nie na daremno – w wieku trzydziestu lat już jest Pan podskarbim Mścisławskim, komisarzem od pomiarów ziemi, negocjuje Pan z Moskwą, patrzeć, rok czy dwa, a już będzie Pan klucznikiem, a nawet kasztelanem Wileńskim! A już nie jest wtedy daleko do godnoóci kanclerza… – w głosie Pana Sławomira, mimo ostentacyjnego podziwu, pojawiła się oczywista nutka ironii.

– Panie Sławomirze, już o tym rozmawialiśmy… – z wyrzutem powiedział podskarbi Mścisławski.

– Milczę, milczę, Panie Stasiu, więcej o tym ani słowa! Tak więc, król i nasz Wielki Książę, niech Bóg błogosławi jego dni – bardzo chłodno traktował notabli wiary prawosławnej, z jakiegoś powodu wierząc, że tylko i wyłącznie przynależność do Stolicy Apostolskiej daje pełne zaufanie. Więc księcia Wiśniowieckiego, katolika, chociaż w pierwszym pokoleniu – Wielki Książę faworyzował, natomiast księcia Janusza, wtedy jeszcze prawosławnego – nie, z czego ten ostatni wywnioskował, że przywilej na ziemie w środkowym Ingulcu będzie wydany do starosty Czerkaskiego. O czym Janusz nie omieszkał poinformować rodzica. Utrata prawa do tych ziem oznaczała utratę pięćdziesięciu tysięcy pudów pszenicy do czystego dochodu; ani Ostrogscy, ani Wiśniowieccy nie mogli sobie na to pozwolić. I książę Ostrogski postanowił udowodnić Jego Łaskawości królowi, że poddane prawosławni nie są gorsi od katolików w służbie Korony…

bannerbanner