Henryk Sienkiewicz.

Szkice w?glem





Rozdzia? pierwszy. W kt?rym zabieramy znajomo?? z bohaterami i zaczynamy si? spodziewa?, ?e co? wi?cej nast?pi

czyli epopeja pod tytu?em: Co si? dzia?o w Baraniej G?owie


We wsi Barania G?owa w kancelarii w?jta gminy cicho by?o jak makiem sia?. W?jt gminy, niem?ody ju? w?o?cianin nazwiskiem Franciszek Burak, siedzia? przy stole i z nat??on? uwag? gryzmoli? co? na papierze; pisarz za? gminny, m?ody i pe?en nadziei pan Zo?zikiewicz, sta? pod oknem i d?uba? w nosie lub op?dza? si? od much.

Much by?o w kancelarii jak w oborze. Wszystkie ?ciany, popstrzone od nich, straci?y sw?j dawny kolor. R?wnie? popstrzone by?o szk?o na obrazie wisz?cym nad sto?em, papier, piecz?cie, krucyfiks i urz?dowe ksi?gi w?jtowskie.

Muchy ?azi?y i po w?jcie, tak jakby po jakim zwyczajnym sobie ?awniku, ale szczeg?lniej n?ci?a je wypomadowana, woniej?ca go?dzikami g?owa pana Zo?zikiewicza... Nad t? g?ow? unosi? si? ich ca?y r?j: siada?y na rozbiorze w?os?w tworz?c ?ywe, ruchome, czarne plamy. Pan Zo?zikiewicz podnosi? od czasu do czasu ostro?nie r?k?, a potem spuszcza? j? nagle; dawa? si? s?ysze? plask d?oni o g?ow?, r?j wzbija? si?, brz?cz?c, w powietrze, a pan Zo?zikiewicz, schyliwszy czupryn?, wybiera? palcami trupy z w?os?w i zrzuca? je na ziemi?.

Godzina by?a czwarta po po?udniu, w ca?ej wiosce panowa?a cisza, bo ludzie wyszli na robot?; za oknem tylko kancelarii cocha?a si? o ?cian? krowa i od czasu do czasu ukazywa?a przez okno sapi?ce nozdrza ze ?lin? wisz?c? u pyska.

Czasem zarzuca?a ci??ki ?eb na grzbiet broni?c si? tak?e od much, przy czym rogiem zawadza?a o ?cian?. W?wczas pan Zo?zikiewicz wygl?da? przez okno i wo?a?:

A hej! A ?eby ci?...

Potem przegl?da? si? w lusterku wisz?cym tu? ko?o okna, poprawia? w?osy i zn?w zaczyna? flegmatycznie d?uba? w nosie.

Na koniec przerwa? milczenie w?jt.

Panie Zo?zikiewicz rzek? z mazurska niech ino pan napisze ten rapurt, bo mi? jako? niesk?adno. Przecie pan je pisarz.

Ale pan Zo?zikiewicz by? w z?ym humorze, a jak tylko by? w z?ym humorze, w?jt musia? sam wszystko robi?.

To i c??, ?em pisarz? odpar? z lekcewa?eniem. Pisarz jest od tego, ?eby pisywa? do naczelnika i do komisarza; a do w?jta, takiego jak wy, to wy sobie sami piszcie.

Potem doda? z majestatyczn? pogard?:

Albo to dla mnie w?jt to co? Ch?op i basta! Smaruj ch?opa miodem... a ch?op zawsze b?dzie ch?opem.

Potem poprawi? w?osy i zn?w spojrza? w lusterko.

W?jt jednak czu? si? dotkni?ty i odrzek?:

Patrzcie no si?. A niby ja to z koniusarzem nie pi?em arbaty?

Wielka mi rzecz herbata! odpar? niedbale Zo?zikiewicz. A mo?e jeszcze bez araku?

A nieprawda, bo z harakiem.

To niech b?dzie z arakiem, a ja dlatego raportu nie b?d? pisa?.

W?jt ozwa? si? gniewliwie:

Kiej? pan taki delikatny fizyk, to czemu by?o prosi? si? na pisarza?

A was si? kto prosi?? Ja tylko po znajomo?ci z naczelnikiem...

Wielga znajomo??, a jak tu przyjadzie, to pan ani pary z g?by...

Burak! Burak! Ostrzegam, ?e wy jako? nadto rozpuszczacie j?zyk.

Mnie ju? wasze ch?opy ko?ci? w gardle stoj? razem z waszym pisarstwem. Cz?owiek z edukacj? tylko mi?dzy wami ordynarnieje. Jak si? rozgniewam, tak rzuc? pisarstwo i was do diab?a!

Ba! a c?? pan b?dzie robi??

Co? Albo to mi krokwie gry?? bez pisarstwa? Cz?owiek z edukacj? da sobie rady. Ju? wy si? o cz?owieka z edukacj? nie b?jcie. Jeszcze wczoraj rewizor Stolbicki do mnie powiada: Ej ty, Zo?zikiewicz! z ciebie by?by czort nie podrewizor, bo ty wiesz, jak trawa ro?nie. A podrewizor to co? Tylko po dworach je?dzi? i z szlacht? w karty grywa?. Przepu?cisz przez nogi jeden, drugi zacier, to ci jeszcze kiesze? sp?cznieje. A dzi? gdzie nie ma szachrajstw po gorzelniach? Albo to u nas, w Baraniej G?owie, pan Skorabiewski nie kr?ci? Powiedzcie g?upiemu. Mnie plun?? na wasze pisarstwo. Cz?owiek z edukacj?...

O wa! To si? jeszcze ?wiat nie sko?czy.

?wiat si? nie sko?czy, ale wy b?dziecie kwacza w ma?nicy macza? i kwaczem w ksi?gach pisa?. B?dzie wam ciep?o, a? przez aksamit olszowy dr?g poczujecie.

W?jt pocz?? si? drapa? w g?ow?.

Kiej bo pan to zara na zadnie nogi.

A to nie rozpuszczajcie g?by...

Ju?ci, bo ju?ci.

I znowu nasta?a cisza, tylko pi?ro w?jtowskie z wolna skrzypia?o po papierze.

Na koniec w?jt wyprostowa? si?, obtar? pi?ro o sukman? i rzek?:

Ano! Z pomoc? Bo?? sko?czy?em.

Przeczytajcie?, co?cie nagwazdali.

Co mia?em ta gwazda?. Wypisa?em akuratnie wszy?ko, co potrzeba.

Przeczytajcie, m?wi?.

W?jt wzi?? papier w obie r?ce i zacz?? czyta?:

Do w?jta gminy Wrzeci?dza. W imi? Ojca i Syna, i Ducha ?wi?tego. Amen. Naczelnik koze?, ?eby spisy wojskowe by?y dycht po Matce Boskiej, a tu u waju mentryki w parafii u dobrodzieja i te? nasze ch?opaki chodz? do waju na bandos?, rozumita, ?eby by?y wypisane i bando?niki te? przys?a? przed Matk? Bosk?, jak sko?czone o?mna?cie lat, bo jak tego nie uczynita, to dostanieta po ?bie, czego sobie i wam ?ycz?. Amen.

Poczciwy w?jt co niedziela s?ysza?, jak proboszcz ko?czy? w ten spos?b kazanie, zako?czenie wi?c takie zdawa?o mu si? r?wnie? koniecznym, jak i odpowiadaj?cym wszelkim wymaganiom przyzwoitego stylu, a tymczasem Zo?zikiewicz zacz?? si? ?mia?.

To tak? spyta?.

A to niech pan napisze lepiej.

Pewno, ?e napisz?, bo mi wstyd za ca?? Barani? G?ow?.

To rzek?szy Zo?zikiewicz siad?, wzi?? pi?ro w r?k?, zatoczy? nim kilka k??, jakby dla nabrania rozp?du, i pocz?? szybko pisa?.

Wkr?tce zawiadomienie by?o gotowe; w?wczas autor poprawi? w?osy i czyta?, co nast?puje:

W?jt gminy Barania G?owa do w?jta gminy Wrzeci?dza!

Tak jak spisy wojskowe z polecenia w?adzy wy?szej maj? by? gotowe na dzie? ten i ten, roku tego a tego, tak zawiadamia si? w?jta gminy Wrzeci?dza, a?eby metryki w?o?cian baraniog?owskich nachodz?ce si? w kancelarii parafialnej z takowej kancelarii wyj?? i do gminy Barania G?owa w samym skorym czasie nades?a?. W?o?cian za? gminy Barania G?owa znajduj?cych si? na roboci?nie we Wrzeci?dzy na ten?e dzie? przystawi?.

W?jt chciwym uchem ?owi? te d?wi?ki, a twarz jego wyra?a?a przej?cie si? i niemal religijne skupienie ducha. Jak?e to wszystko wyda?o mu si? pi?knym, uroczystym, jak na wskro? urz?dowym. Oto, na przyk?ad, cho?by ten pocz?tek: Tak jak spisy wojskowe etc. W?jt uwielbia? to: Tak jak, ale si? go wyuczy? nigdy nie m?g?, a raczej zacz?? wprawdzie umia?, ale dalej ani rusz! A u Zo?zikiewicza p?yn??o to jak woda, ?e nawet i w kancelarii w powiecie lepiej nie pisali. Potem tylko ukopci? piecz?tk?, kropn?? ni? o papier, a?eby st?? trzasn??, i ot co!

No, ju?ci, co g?owa, to g?owa rzek? w?jt.

Ba rzek? udobruchany Zo?zikiewicz przecie? pisarz to jest ten, co ksi??ki pisze.

A to pan i ksi??ki pisze?

Pytacie, jakby?cie nie wiedzieli; a ksi?gi kancelaryjne kt?? pisze?

Prawda rzek? w?jt.

I po chwili doda?:

Spisy p?jd? piorunem.

Wy oto patrzcie, ?eby si? pozby? ze wsi ladac?w.

Boga? ich si? tam pozb?dzie!

A ja wam m?wi?, ?e naczelnik skar?y? si?, ?e w Baraniej G?owie lud niedobry. Na sk?adk?, powiada, nic nie dali i pij?. Burak, powiada, ludzi nie pilnuje, wi?c si? te? i na nim skrupi.

Ba! dy? ja wiem odrzek? w?jt ?e si? wszystko na mnie krupi. Jak Rozalka Kowalicha zleg?a, s?d kaza? jej da? dwadzie?cia pi??, dlatego tylko, ?eby na drugi raz pami?ta?a, ?e to, powiada, dziewce nie?adno. Kto kaza?. Ja? Nie ja, jeno s?d. A mnie do tego co? Niech ta sobie i wszystkie legn?. S?d kaza?, a potem na mnie. Czy to nie wiesz powiada naczelnik ?e teraz kara cielesna zniesiona! i zara buch mi? w pysk ?e bi? nie wolno nikogo? i zn?w mi? w ?eb. Taka ju? moja dola...

W tym miejscu krowa z ?oskotem uderzy?a o ?cian?, ?e a? si? kancelaria zatrz?s?a. W?jt zawo?a? g?osem pe?nym goryczy:

A hej, ?eby ci? wci?rna?ci!

Pisarz, kt?ry przez ten czas siad? na stole, pocz?? zn?w d?uba? w nosie.

Dobrze wam tak rzek? czemu si? nie pilnujecie. Z tym piciem b?dzie tak samo. Jedna parszywa owca wszystkie zara?a. Albo to nie wiadomo, kto w Baraniej G?owie wszystkim dowodzi i ludzi ci?ga do karczmy?

Pewnikiem, ?e nie wiadomo, a co do picia: jenszy si? te? potrzebuje napi?, jak si? napracuje w polu.

A ja wam m?wi? tylko to: jednego Rzepy si? pozby? i wszystko b?dzie dobrze.

C??e mu ta ?eb urw??

?ba mu nie urwiecie, ale teraz spisy wojskowe. Ot, zapisa? by go w list?, niechby poci?gn?? los i basta.

To??e on ?eniaty i ch?opaka ma ju? rocznego.

A kto by tam wiedzia?. On by na skarg? nie poszed?, a poszed?by, to by go i nie chcieli s?ucha?. W czasie branki nikt nie ma czasu.

Oj, panie pisarzu! Panie pisarzu! Musi panu nie o pija?stwo chodzi, ino o Rzepow?, a to tylo obraza boska.

A wam co do tego? Wy patrzcie, ot, ?e i wasz syn ma dziewi?tna?cie lat i ?e tako? musi losowa?.

Wiem ci ja o tym, ale ja jego nie dam. Jak nie b?dzie mo?na inaczej, to i wykupi?.

O! Kiedy?cie taki bogacz...

Ma tam Pan B?g u mnie troch? koprowiny, niewiela tego jest, ale mo?e i wstrzyma.

O?mset rubli koprowin? b?dziecie p?aci??

A kiej powiadam, ?e zap?ac?, to cho? i koprowin? zap?ac?, a potem byle Pan B?g pozwoli? zosta? w?jtem, to przy jego najwy?szej pomocy mo?e mi si? to ta w jakie dwa roki powr?ci?.

Powr?ci si? albo i nie powr?ci. Ja te? potrzebuj? i wszystkiego wam nie oddam. Cz?owiek z edukacj? zawsze ma wi?ksze wydatki ni? drugi prosty; a jakby?my Rzep? zapisali na miejsce waszego syna, to i dla was by?aby oszcz?dno??... o?mset rubli na drodze nie znale??.

W?jt pomy?la? chwil?. Nadzieja zaoszcz?dzenia tak znaczej sumy pocz??a go ?echta? i u?miecha? mu si? przyjemnie.

Ba! rzek? w ko?cu zawdyk to nieprzezpieczna rzecz.

Ju? to nie na waszej g?owie.

Tego to ja si? i boj?, ?e pa?sk? g?ow? si? zrobi, a na mojej si? skrupi.

Jak sobie chcecie, to p?a?cie o?mset rubli...

Nie powiadam, ?eby mi ta nie by?o ?al...

A! Skoro my?licie, ?e si? wam wr?ci, to czeg?? ?a?owa?? Ale wy na swoje w?jtostwo tak bardzo nie liczcie. Jeszcze na was wszystkiego nie wiedz?, ale ?eby tylko wiedzieli to, co ja wiem...

Dy? pan kancelaryjnego wi?cej bierze jak ja.

Nie o kancelaryjnym te? m?wi?, ale o troch? dawniejszych czasach...

A nie boj? si?! Co mi kazali, tom robi?.

No! B?dziecie si? t?umaczy? gdzie indziej.

To rzek?szy pan pisarz wzi?? za zielon? kortow? w kraty czapk? i wyszed? z kancelarii. S?o?ce ju? by?o bardzo nisko; ludzie wracali z pola. Wi?c naprz?d pan pisarz spotka? pi?ciu kosiarzy z kosami na plecach, kt?rzy pok?onili mu si? m?wi?c: Pochwalony; ale pan pisarz kiwn?? im tylko wypomadowan? g?ow?, a zasi?: Na wieki, nie odpowiedzia?, bo s?dzi?, ?e cz?owiekowi z edukacj? to nie wypada. ?e pan Zo?zikiewicz mia? edukacj?, to o tym wiedzieli wszyscy, a w?tpi? mogli chyba ludzie z?o?liwi i w og?le ?le my?l?cy, kt?rym ka?da osobisto?? wyrastaj?ca g?ow? nad zwyk?y poziom zaraz sol? w oku siedzi i spa? spokojnie nie daje.

Gdyby?my mieli, jak si? nale?y, biografie wszystkich naszych znakomitych ludzi, w biografii tego niepospolitego cz?owieka, kt?rego portretu nie rozumiem dlaczego ?adna z naszych ilustracji jeszcze nie poda?a, czytaliby?my, ?e pierwsze nauki pobiera? w Os?owicach, sto?ecznym mie?cie powiatu os?owickiego, w kt?rym to powiecie le?a?a i Barania G?owa. W siedemnastym roku ?ycia doszed? ju? m?odociany Zo?zikiewicz do klasy drugiej, a by?by r?wnie? wcze?nie doszed? i wy?ej, gdyby nie to, ?e nagle nasta?y burzliwe czasy, kt?re raz na zawsze przerwa?y jego ?ci?le naukow? karier?. Uniesiony zwyk?ym m?odo?ci zapa?em, pan Zo?zikiewicz, kt?rego zreszt? jeszcze poprzednio prze?ladowa?a niesprawiedliwo?? profesor?w, stan?? na czele ?ywiej czuj?cych koleg?w, wyprawi? koci? muzyk? swym prze?ladowcom, podar? ksi??ki, po?ama? lini?, pi?ra i porzuciwszy Minerw? uda? si? na pole Marsa i Bellony. By?a to epoka w jego ?yciu, w kt?rej spodnie nosi? nie na cholewach, ale w cholewach, i w kt?rej wy?piewywa? z zapa?em, przepe?nionym r?wnie gorzk?, jak straszn? ironi?: O cze?? wam, panowie magnaci! ?ycie obozowe, ?piewy, ob?oki tytoniowego dymu, romantyczne przygody na kwaterach, na kt?rych m?ode dziewice, z krzy?ykami na piersiach, na plecach, na g?owach i B?g wie nie gdzie, niczego nie ?a?owa?y dla Ojczyzny i walecznych jej obro?c?w, ?ycie takie powiadam harmonizowa?o z nami?tn? i burzliw? dusz? m?odego Zo?zikiewicza. Znajdowa? w nim urzeczywistnienie owych marze?, kt?re nieraz, jeszcze dawniej, wstrz?sa?y jego umys?em, gdy w klasie pod ?awk? czyta? Rynalda Rynaldiniegoi inne podobne utwory, kszta?c?ce serce, rozwijaj?ce umys? i budz?ce wyobra?ni? naszej m?odzie?y.

Ale ?ycie to mia?o i swoje ciemne, a raczej ryzykowne strony. Wrz?ca odwaga zbyt unosi?a Zo?zikiewicza. Jak za? unosi?a go wysoko, niepodobna by prawie uwierzy?, gdyby nie to, ?e dzi? jeszcze pokazuj? p?ot we Wrzeci?dzy, kt?rego najlepszy ko? nie mo?e przesadzi?, a kt?ry pan Zo?zikiewicz pewnej burzliwej nocy, uniesiony nami?tnym pragnieniem zachowania si? nadal dla obrony i szcz??cia ojczyzny, przesadzi? jednym skokiem. Dzi?, kiedy czasy te dawno ju? min??y, ile razy zdarzy si? panu Zo?zikiewiczowi by? we Wrzeci?dzy, spogl?da na ?w p?ot i sam sobie prawie nie wierz?c my?li w duchu: Niech to diabli wezm?! Dzi? bym ju? tego nie potrafi?.

Po tym jednak nadludzkim czynie, o kt?rym zreszt? wspomnia?y i wydawane na?wczas biuletyny, fortuna, kt?ra dot?d strzeg?a jak ?renicy w oku plec?w pana Zo?zikiewicza, ulecia?a nagle od niego, jak gdyby przera?ona jego odwag?. Tydzie? nawet nie up?yn?? od owego wypadku, gdy jednego poranku bohatersko nara?ane ustawicznie plecy pana Zo?zikiewicza spotka?y si? wprawdzie (dzi?ki Opatrzno?ci, kt?ra zawsze wie, co czyni) nie z kul? lub z bagnetem, ale z pewnym innym, r?wnie? prawie antylojalnym narz?dziem uplecionym z byczej sk?ry i opatrzonym kawa?kiem o?owiu na ko?cu, kt?re to narz?dzie zmieni?o jak gdyby w rzeszoto niepokalan? dot?d sk?r? na krzy?u i ?opatkach naszego sympatycznego bohatera.

Odt?d pocz?? si? w jego my?lach i uczuciach zwrot stanowczy. Le??c nosem na d?? na prostym sienniku w baraniog?owskiej karczmie, po ca?ych nocach bezsennych rozmy?la? rozmy?la?, jak dawniej Ignacy Lojola i doszed? wreszcie do przekonania, ?e ka?dy powinien s?u?y? og??owi tak? broni?, jak? w?ada najlepiej; inteligencja wi?c powinna s?u?y? g?ow?, nie plecami, bo g?ow? ma nie ka?dy, a plecy ka?dy, wi?c oto niepotrzebnie swoje nara?a?. C?? m?g? wi?cej zrobi? dla ojczyzny na tej drodze, kt?r? post?powa? dot?d? Przeskoczy? znowu jaki p?ot? Nie! Dosy? by?o tego, kt?ry przeskoczy?. Niechby tylko ka?dy przeskoczy? taki! my?la? sobie. Rozlewa? krew dalej? A ma?o? to mu jej ju? usz?o?! Nie! Jeszcze raz nie! Og??owi m?g? teraz tylko s?u?y? na drodze wprost przeciwnej, pacyficznej, i inteligencj?, alias wiedz?. ?e za? wiedzia? du?o, ?e wiedzia? co? prawie o ka?dym mieszka?cu powiatu os?owickiego, m?g? wi?c w czasie pacyfikacji znakomite oddawa? og??owi us?ugi.

Jako? wst?pi? na t? now? drog?, us?ugi oddawa? i id?c po tej nowej drodze doszed? a? do pisarstwa gminnego, a jak to ju? s?yszeli?my marzy? nawet o podrewizorstwie.

Jednak?e i na pisarstwie wiod?o mu si? nie?le. Gruntowna wiedza zawsze potrafi obudzi? dla siebie szacunek, ?e za?, jak wspomnia?em, sympatyczny m?j bohater wiedzia? co? o ka?dym prawie z mieszka?c?w powiatu os?owickicgo, wszyscy wi?c byli dla? z szacunkiem pomieszanym z pewn? ostro?no?ci?, a?eby si? w czym? tak niepospolitej osobisto?ci nie narazi?. K?ania?a mu si? wi?c i szlachta w og?le, k?aniali si? i ch?opi zdejmuj?c ju? z daleka czapki i m?wi?c: Pochwalony! Tu widz? jednak, ?e musz? ja?niej czytelnikowi wyt?umaczy?, dlaczego pan Zo?zikiewicz nie odpowiada? na Pochwalony zwyk?ym: Na wieki wiek?w.

Wspomnia?em ju?, ?e s?dzi?, i? cz?owiekowi z edukacj? to nie wypada; ale by?y jeszcze i inne przyczyny. Umys?y na wskro? samodzielne bywaj? zwykle ?mia?e i radykalne. Ot?? pan Zo?zikiewicz jeszcze za owych burzliwych czas?w doszed? do przekonania, ?e dusza to para, i basta. Przy tym pan pisarz czyta? teraz w?a?nie wydawnictwo warszawskiego ksi?garza, pana Breslauera, pod tytu?em Izabela hiszpa?ska, czyli tajemnice dworu madryckiego. Znakomity ten pod ka?dym wzgl?dem romans tak mu si? nawet podoba? i przejmowa? go tak dalece, ?e w swoim czasie zamierza? nawet rzuci? wszystko i jecha? do Hiszpanii. Uda?o si? Marforemu my?la? sobie wspominaj?c na scen?, w kt?rej Marfory ca?uje Izabel? w po?czochy dlaczeg?? i mnie nie mia?oby si? uda?? By?by mo?e nawet i pojecha? za tymi po?czochami, bo zreszt? by? teraz zdania, ?e w tym g?upim kraju tylko si? cz?owiek marnuje, ale wstrzymywa?y go, na szcz??cie, inne, krajowe po?czochy, o kt?rych ta epopeja p??niej m?wi? b?dzie.

Ow?? skutkiem czytania owej Izabeli hiszpa?skiej, wydawanej periodycznie, ku wi?kszej chwale naszej literatury, przez pana Breslauera, pan Zo?zikiewicz zapatrywa? si? bardzo sceptycznie na duchowie?stwo, a zatem i na wszystko, co po?rednio lub bezpo?rednio z duchowie?stwem zwi?zane. Nie odpowiedzia? wi?c kosiarzom jako zwykle: Na wieki wiek?w, tylko szed? dalej... Idzie, idzie, a? tu spotyka i dziewki z sierpami na ramionach, wracaj?ce od ?niwa. Przechodzi?y w?a?nie ko?o wielkiej ka?u?y, wi?c sz?y jedna za drug? g?siego, podejmuj?c z ty?u kiecki i pokazuj?c burakowe nogi. Dopiero pan Zo?zikiewicz powiada: Jak si? macie, sikory! i zatrzyma? si? na tej samej steczce, a co kt?ra dziewczyna przechodzi, to on j? wp?? i ca?usa, a potem j? w ka?u??, ale to tylko tak, przez dowcip. Dziewki te? krzycza?y oj! oj! ?miej?c si?, a? im z?by trzonowe by?o wida?. A potem, kiedy ju? przesz?y, pan pisarz nie bez pewnej przyjemno?ci us?ysza?, jak m?wi?y jedna do drugiej: A ju?e to pi?kny kawalir ten nasz pisarz! I czerwony kiej jab?uszeczko. Trzecia za? m?wi: A g?owa to mu tak puszy kieby r??a; jak ci? z?api wp??, to a? ci? zamgli! Pan pisarz poszed? dalej, pe?en dobrych my?li. Ale dalej zn?w, ko?o cha?upy, us?ysza? rozmow? o sobie i zatrzyma? si? za p?otem. Za p?otem, z drugiej strony, by? g?sty wi?niowy sad, w sadzie ule, a niedaleko ul?w sta?y dwie baby rozmawiaj?c. Jedna mia?a kartofle w podo?ku i obiera?a je cygankiem, druga za? m?wi?a:

Oj, moja Stachowa, tak si? boj?, ?eby mi mego Franka w ?o?mirze nie wzieni, ?e a? mi sk?ra cierpnie.

A Stachowa na to:

Do pisarza by wam, do pisarza. Jak on nie zaradzi, to nikt nie zaradzi.

A z czym?e, moja Stachowa, ja do niego p?jd?. Do niego z go?ymi r?kami nie mo?na. W?jt je lepszy; przyniesiesz mu czy bia?ych rak?w, czy mas?a, czy lnu pod pach?, czy kur?, to wszystko we?mie nie wybredzaj?c. A pisarz ani spojrzy. O! On strasznie ambitny. Jemu to tylko chu?cin? rozwi?? i zara rubla.

Niedoczekanie wasze! mrukn?? do siebie pisarz ?ebym ja od was jaja albo kury bra?. C?? to ja ?apownik jestem czy co? A id? z twoj? kur? do w?jta.

To pomy?lawszy rozsun?? ga??zie wi?niowe i ju? by?o chcia? na kobiety zawo?a?, gdy nagle rozleg? si? z ty?u warkot bryczki. Pan pisarz odwr?ci? si? i spojrza?. Na bryczce siedzia? m?ody akademik w czapce na bakier, z papierosem w z?bach, powozi? za? ?w Franek, o kt?rym baby rozmawia?y przed chwil?.

Akademik wychyli? si? z bryki, dojrza? pana Zo?zikiewicza, kiwn?? r?k? i zawo?a?:

Jak si? masz, panie Zo?zikiewicz? Co tam s?ycha?? C??, zawsze pomadujesz si? na dwa cale?

S?uga pana dobrodzieja! ozwa?, k?aniaj?c si? nisko, Zo?zikiewicz, ale gdy bryka mign??a dalej, zawo?a? w ?lad za ni? z cicha:

?eby? kark skr?ci?, nim dojedziesz.

Tego akademika pan pisarz nie cierpia?. By? to kuzyn pa?stwa Skorabiewskich, kt?ry przyje?d?a? zawsze do nich na lato. Zo?zikiewicz nie tylko go nie cierpia?, ale ba? si? go jak ognia, bo to by? drwiarz, frant wielki, a z pana Zo?zikiewicza kpi? jak gdyby umy?lnie i on jeden w okolicy, co sobie z niego nic nie robi?. Raz nawet wpad? na posiedzenie gminne i powiedzia? wyra?nie Zo?zikiewiczowi, ?e g?upi; ch?opom za?, ?e nie maj? potrzeby go s?ucha?. By?by si? na nim pan Zo?zikiewicz ch?tnie pom?ci?, ale... c?? mu m?g? zrobi?? O innych to cho? co? wiedzia?, a o nim to nawet nic nie wiedzia?.

Przyjazd tego akademika by? mu i z innych wzgl?d?w nie na r?k?, dlatego poszed? dalej z zachmurzonym czo?em i nie zatrzyma? si? a? dopiero przed jedn? cha?up? stoj?c? troch? opodal od drogi. Gdy j? jednak ujrza?, czo?o jego wyja?ni?o si? znowu. By?a to cha?upa mo?e biedniejsza jeszcze od innych, ale wygl?da?a porz?dnie. Umiecione by?o przed ni? czysto, a podw?rko przytrz??ni?te tatarakiem. Pod p?otem le?a?y szczapy drzewa, a w jednej z nich, wspartej na pie?ku, stercza?a siekiera. Nieco dalej wida? by?o stodo?? z otwartymi wierzejami, obok niej szop?, kt?ra by?a chlewkiem i obor? zarazem; dalej jeszcze ogrodzenie, w kt?rym ko? szczypa? traw? przest?puj?c z nogi na nog?. Przed chlewem ?wieci?a wielka gnoj?wka, w kt?rej le?a?y dwie ?winie. Kaczki brodzi?y ko?o gnoj?wki, kiwaj?c g?owami i wy?awiaj?c ?uki z nawozu. Blisko szczap mi?dzy wi?rami kogut rozgrzebywa? ziemi?, a znalaz?szy ziarno lub czerwia poczyna? krzycze?: kocz! kocz! kocz! Kury zlatywa?y si? na to has?o na wy?cigi i dzioba?y specja? odbieraj?c go sobie wzajemnie.

Przed drzwiami cha?upy kobieta t?uk?a w m?dlicy konopie ?piewaj?c: oj, ta dada! oj, ta dada! da-da-na! Ko?o niej le?a? z wyci?gni?tymi przednimi nogami pies k?api?c pyskiem za muchami, kt?re mu siada?y na rozerwanym uchu.





: 1 2 3 4 5 6